Podróże: Słoń w składzie marihunaen

Mam wrażenie, że od kilku dobrych numerów koncentrujemy się w BunnyHopie głównie na aspekcie podróżowania. Może to tylko wrażenie, w końcu już od pierwszych wydań wycieczkowanie było zawsze tematem numeru. Nie żeby było to coś na co należy narzekać, wręcz zupełnie przeciwnie – podróże z rowerem to jest to, co lubimy najbardziej i coś, co wszystkim chcemy polecić. Zwłaszcza do podróżowania w takim stylu jak Słoniu. Warto zdać sobie sprawę, że za granicą czekają na Was nie tylko nowe, nieznane miejsca do jazdy, ale przede wszystkim nowi, nieznani ludzie, którzy nierzadko stanowią o wiele większą wartość niż najbardziej śliski murek. Oczywiście istnieje też niebezpieczeństwo, że w najdalszym nawet zakątku globu spotkacie Wiza… Śmierć towarzyszy człowiekowi w każdym momencie. Miłej lektury i seansu.

Słoń w składzie marihunaen tekst, wideo Maciek Otrębski

We wrześniu 2012 przeprowadziłem się na cztery miesiące do Lille we Francji w celu odbycia erasmusowej wymiany, z tym, że zamiast robić typowe dla erasmusowej studenciarni rzeczy, postanowiłem wykorzystać ten czas jak najlepiej.

Odnośnie formy – relacja będzie trochę rwana, przede wszystkim dlatego, że pomiędzy wszystkimi wyjazdami moje życie wypełniały szkolne obowiązki, których opis zostawię dla uczelnianej koordynatorki mojego wyjazdu.

Jedynym wspólnym mianownikiem dla BMXa i Lille był skatepark obczajony wcześniej w necie. Nie wiedziałem za bardzo czego się mogę spodziewać. Szykując się do wyjazdu, pierwszą rzeczą, którą spakowałem, był rower. Wszyscy wokół byli na nie, a okazało się to chyba najlepszą decyzją całego wyjazdu. Dzięki temu, no i składających się szczęśliwie kolejnych wydarzeniach, wróciłem do Polski z zajebistym uśmiechem na twarzy i poczuciem wykorzystania okazji bycia w nowym miejscu możliwie najlepiej jak się dało.

Pierwszy wypad na skatepark w celu zapoznania jakiejś bratniej duszy to podwójny fail. Wrześniowe słońce, zajawka, szkoda tylko, że byłem jedyną osobą na rowerze, wśród hulajnóg i deskorolek. Do tego guma po pół godziny jazdy. Biednemu zawsze w oczy. No ale nic, dowiedziałem się chociaż z plakatu, że za tydzień czy dwa w Douai (Dułe) jest otwarcie skateparku i można zabrać się tam autokarem za 2 euro. Czadowo. Zapisałem się i zostało mi czekać.

W tym czasie byłem jeszcze raz na parku, znowu nie spotykając nikogo na rowerze. A warto dodać, że skatepark w Lille jest całkiem przyzwoity – część na zewnątrz jest w klimacie skateplazy, kryty park to głównie duże quartery i bowl, ale i dla fanów krawężników coś się znajdzie.

Autokar do Douai jechał już z Calais i Dunkierki, zahaczając tylko o Lille i zgarniając tutejszych chętnych. Uff, ładując rower do luku bagażowego obczaiłem jeszcze dwa inne. No, ale i tak nie wiem czyje. Zasiadłem na pierwszym lepszym lepszym miejscu wśród młodzieniaszków w wieku średnio 13-15 lat, z paroma wyjątkami. Nić porozumienia zawiązana została z dwoma starszymi rolkarzami, którzy na fakt, że jestem z Polski, zareagowali zdziwieniem, że nie mam przy sobie żadnej wódki. Reszta podróży – francuskie hity śpiewane przez cały autokar, do tego znany i lubiany motyw z La Haine (nie widziałeś/-aś, obejrzyj!), za każdym razem, gdy mijaliśmy policję.

Francuskie otwarcie skateparku równa się sporo gawiedzi zarówno jeżdżącej, jak i obcinającej to co się dzieje, oficjele oraz stanowisko z coca-colą i fastfoodem. No, ale najważniejsze, że udało mi się złapać kontakt z typami na BMXach. Łamanym francusko-angielskim dało się z nimi dogadać. Jazda na nowym parku z racji ilości chętnych była praktycznie niemożliwa, ale Francuzi zadbali o to, by w razie deszczu przenieść imprezę do starej sali gimnastycznej niewiele dalej, w której umieszczone zostały jakieś proste przeszkody. Przeniosłem się tam po kilkunastu nieudanych próbach najechania na cokolwiek. Tam też poznałem mojego późniejszego towarzysza wszelkich podróży, Gaetana. Tego dnia pomagał przy organizacji całej imprezy, nie miał więc roweru ze sobą, ale wymieniliśmy się numerami telefonów i trochę pogadaliśmy. Dodam tylko, że jako jeden z niewielu francuskich riderów posługiwał się całkiem sprawnie angielskim. Gdy napomknąłem mu o tym, że chciałbym pojeździć po okolicznych i nie tylko miastach z rowerem, zajarał się pomysłem i zaoferował swój samochód jako środek transportu.

Tym sposobem tydzień później cisnęliśmy we trójkę (razem z Kevinem – siedemnastoletnim dzieciakiem zajaranym streetem, deathmetalem i paleniem zioła) autostradą do Dunkierki napalając się na nowe spoty. Nie zawiedliśmy się, Geatan wyciskał z ogromnego (i zdezelowanego) quartera ile się dało, latając wcale nie gorzej niż sam Roey. Ja standardowo zadowoliłem się stritami, które Dunkierka ma całkiem niezłe. Niestety część miejscówek, które chcieliśmy odwiedzić okazała się znajdować w Calais, mieście oddalonym o niecałe 50 kilometrów od Dunkierki, a że trip był jednodniowy, musieliśmy Calais zostawić na przyszłość. Póki co powrót do Lille, do rzeczywistości uczniaka na obczyźnie.

Środa. Deszczowe popołudnie, typowe dla Lille. Zawsze do 13 świeci tam słońce, później stopniowo robi się pochmurnie i wietrznie by w końcu około 17 zacząć lać. Akurat nie miałem zajęć w szkole, więc spędzałem je zamulając przed komputerem. Telefon od Gaetana – czy chcę wbić na prywatną sesję w krytym skateparku Lille. Proste, że tak. Godzinę później jechałem już w deszczu w umówione miejsce skąd zgarnął mnie mój ziomek. Możliwość pojeżdżenia we trójkę po pustym skateparku wzięła się stąd, że kamrat Gaetana, Guillaume prowadzi tam szkółkę rowerową – mają tam rozmach, w kanciapie stało ze 30 BMXów do wypożyczenia przez dzieciarnię. Tylko dwie godziny jazdek, ale w bardzo dobrym klimacie z własną muzyką rozbrzmiewającą w całej hali skateparku.

Następny zaplanowanym celem stało się Roeselare. Roeselare to przemysłowe miasto w Belgii, zupełnie niedaleko francuskiej granicy. Nas interesował najbardziej skatepark – Truespin. Zlokalizowany w jakiejś dawnej fabryce, nie zawiódł nas wcale. Wszystkie przeszkody zbudowane przez ziomków opiekujących się miejscówką robiły wrażenie. Zero fuszerki i przyjemny klimat sprawił, że czas zleciał nam szybko. Ponownie, Gaetan katował minirampę i quartery, ja część dla nielotów. Jednak zachęcony przystępnie wyglądającymi przeszkodami postanowiłem spróbować swoich sił jako parkowczyk. Efekt finalny – kiera w żebrach i koniec jazdek tego dnia. A, zapomniałem dodać jeszcze, że rolkarz robiący tam za kasjera również zajarał się faktem, że jestem z Polski, znał z internetów częstochowską ekipę 034, a nawet zdarzyło mu się być na parku we „Wroklawiu”. Miło.

Oprócz weekendowych tripów zdarzyło nam się zaliczyć kilka mniej lub bardziej owocnych jazdek w samym Lille. Cały dzień na rowerze zakończony wielką paką frytek, to jest to. Zdecydowanie częstochowski styl. Lille kryje wiele spotów, z których chyba najbardziej spektakularnym są wielkie ceglane bąble otoczone schodami i handrailami, poza tym będące miejscem schadzek lokalnej żulerii. Oprócz tego dosyć standardowo – trochę murków, raili w ciekawych kombinacjach, no i curved walli – tak, tak, to jest miejscówka będąca towarem bardzo deficytowym w Polsce, a przynajmniej w Częstochowie i Krakowie, więc cieszyłem się na każdy przejechany centymetr.

Złożyło się też tak, że moja kumpela zorientowała się, że jej kumpela wraz z chłopakiem rezydują teraz w Lille. Okazało się co prawda, że nie w Lille, a w pobliskim Lens. Okazało się też, że kumpela to Malwina, a jej chłopak to znany i lubiany warszawski hultaj Wiz. Zapoznawcze spotkanie miało miejsce na skateparku w Lille i chłopak się tak zajarał, że postanowił przysłać sobie rower do Francji. Szkoda tylko, że park w Lille jest otwarty dla BMXów wyłącznie dwa dni w tygodniu, co przy korporacyjnym trybie pracy Wiza i moim rozkładzie zajęć pozwalało nam się spotykać raz na dwa tygodnie. Wiz siedzi we Francji dalej, mam nadzieję, że nadal zbiera się na te wypady na park choć raz na jakiś czas i nie rzucił roweru w kąt (Wiz, hę?).

Najlepszy wypad z całego mojego pobytu, to zdecydowanie trzydniowy trip do Holandii. W sumie bez większych przygotowań, jedyne co ogarnęliśmy to miejsca w których będzie można pojeździć oraz couchsurfingowy nocleg na jedną noc. Pierwszym przystankiem była skatehalle Arnhem, gdzie zajechaliśmy późnym czwartkowym popołudniem. Zajarani fotami wyszukanymi w necie, nie mogliśmy się zawieść tym, co zobaczyliśmy. Skatepark w kościele, TO ZDECYDOWANIE JEST TO. Przed ołtarzem piła, konfesjonały, okna w gotyckim stylu i ta cisza przerywana dudnieniem o sklejkę i kątowniki. Mistrzostwo świata. Co najlepsze, tamtejszy urząd miasta sam zgłosił się z propozycją przekazania tamtejszemu stowarzyszeniu sportów ekstremalnych dawnego miejsca kultu. Za wykresem z Wikipedii, 51% holenderskiej ludności to ateiści, więc taka akcja nie wzbudziła żadnego zamieszania. Za to jakiś czas temu, skatepark odwiedziła ekipa telewizyjna z Polski, był nawet ponoć jakiś program w polskiej TV o tym miejscu. Noc spędziliśmy u spoko typka, zaoferował nam oddzielny pokój, świeżą pościel i podwójne łoże, ja niestety odrzuciłem ofertę i wskoczyłem w śpiwór, powodem tego była noga cała we krwi. Rano nie wyglądałoby to najlepiej.

Z samego rana zebraliśmy się od naszego gospodarza. Zaliczyliśmy szybkie śniadanie oparte na maśle orzechowym i ruszyliśmy eksplorować miasto. Celem był szybki objazd i skierowanie się o 12 w stronę Amsterdamu. Do zaliczenia było kilka zauważonych wcześniej spotów. Na wielkie betonowe, biało-czarne  fale układające się w różne dziwne kształty praktycznie zaprowadził nas napotkany na drodze koleś jadący rowerem do pracy. Okazały się pierwszą i ostatnią miejscówką, dalszy objazd uniemożliwiła guma Gaetana.

Drogę do Amsterdamu uprzyjemniała nam szeroka selekcja płyt które Geatanik miał w schowku. Zaczynaliśmy od Jedi Mind Tricks, poprzez francuskie gitarowe balladki kończąc na kubańskim folku. Ustaliliśmy, że punktem dobrym do zatrzymania fury będą okolice sklepu Soulcycle. Gaetan jako fan Flybikes zajarał się jak dziecko widząc ich koszulki i wybierał coś dla siebie, kiedy ja ogarniałem miejscówki godne odwiedzenia z koleżką tam pracującym. Tym razem plany pokrzyżowała nam pogoda. Zaliczyliśmy mini rampę w centrum i murki śliskie jak masło przy jakimś przystanku tramwajowym. Reszta wieczoru – eksploracja miasta na nogach. Punktem obowiązkowym dla Gaetana stało się zaliczenie coffeeshopu. Dziwne uczucie być jedyną osobą, która zamiast jointa zamówiła sobie tam kawę. Później pobujaliśmy się trochę po Red Light District, różnym dziwnościom się przyglądając, po czym wylądowaliśmy w klubie, gdzie wyjedliśmy darmowy popcorn i udaliśmy się w stronę samochodu by poszukać spokojnego parkingu, na którym moglibyśmy spędzić noc w aucie.

O dziwo spało się wyjątkowo dobrze, nie wiem czy to kwestia zmęczenia dwudniowym maratonem, czy może uroki przebywania w pobliżu pochłaniacza dużych ilości marihuanowego dymu. Szybkie mycie na stacji i kontynuacja wycieczki. Zaparkowaliśmy auto niedaleko amsterdamskiego bowla, jednak było na tyle mokro, że jedyne co mogliśmy zrobić to odhaczyć miejscówkę na liście: zaliczone. Arnhem na tyle nam się spodobało, że postanawiamy tam wrócić, z tym, że zaliczając po drodze kolejny coffeeshop i bujając się jeszcze przez chwilę po okolicy. Ja, bardziej niż kolejną wizytą w coffeeshopie, zajarany byłem targiem z lokalnymi produktami, ale ceny zdecydowanie nie odpowiadały funduszowi przeznaczonemu na ten gypsy trip. 50 euro – tyle dostaliśmy mandatu za parkowanie bez wcześniejszego wykupienia bileciku. Przez dwa dni się udawało, w ostatnią godzinę – nie. Baju baju Amsterdamu. W Arhnem Gaetana dopadła zamuła i zostałem sam na placu boju. Poczillowałem trochę na parku, trochę nagrałem i chwilę później już pakowaliśmy rowery na powrót do Lille. Z racji, że Gaetana zamuliło jeszcze bardziej, zaliczyłem swoje pierwsze 300 km autostradami Holandii i Belgii w czasie gdy mój kamrat sobie słodko spał. Obudził się 15 km od mojego mieszkania.

Trip do Niderlandów był moim ostatnim wspólnym wypadem z Gaetanem, przede wszystkim dlatego, że z początkiem grudnia wyprowadzał się z północy Francji gdzieś w okolice Tuluzy, w celu odbycia czegoś w rodzaju kursu na instruktora jazdy na rowerze (co daje możliwość prowadzenia zajęć dla dzieciaków i nie tylko, podobnie jak wspomniany wcześniej Guillaume). Ja zaliczyłem jeszcze kilka wypadów na skatepark z Wizem, ale myślami byłem już w Barcelonie, no i trochę też w Polsce.

Przez te niecałe cztery miesiące spotkałem milion super ludzi, dzięki którym czułem się na obczyźnie całkiem swojsko. Byłem w miejscach, do których nie spodziewałem się, że kiedykolwiek trafię i zaliczyłem miejscówki o których sobie wcześniej mogłem co najwyżej śnić. Wysokie pięć dla wszystkich spotkanych we Francji. Największe propsy dla Gaetana, bez którego nie udałoby się ogarnąć większości tych tripów. H5!


 motilium 10mg tablets

Review

  • My First Parameter 5.0

User Rating

0 (0 Votes)

Summary

Score

author-avatar

This author has not supplied a bio yet.

No Replies to "Podróże: Słoń w składzie marihunaen"

    Leave a reply

    Your email address will not be published.